05:48

Wizyta na czarnym fotelu: Grudzień 2015

Wizyta na czarnym fotelu: Grudzień 2015


Witajcie :)




Właśnie mija równy rok od definitywnego pożegnania farby. Jaśniejsza partia włosów jest wciąż dość wysokoporowata - lubi się plątać, ma tendencje do przesuszania i co najgorsze - końcówki wciąż dość szybko potrzebują reanimacji. Taką reanimację przeprowadziłam 12 grudnia, kradnąc włosom ok 1.5 cenymetra długości i tym samym dobijając do 8 tygodnia rozłąki z czarnym fotelem.





Włosy po podcięciu, ujarzmione szczotką




Listopad był miesiącem o wiele bogatszym pielęgnacyjnie niż jego powakacyjny poprzednik. Olej jojoba okazał się numerem jeden wśród olejów, Biovax dla włosów suchych i zniszczonych wciąż jest ulubionym szamponem, a wśród maskowych i odżywkowych faworytów znalazły się: Kerastase Nutritive Oleo Curl, Organique Anti-age oraz Garnier Ultra Doux z olejkiem z awokado i masłem karite. W suplementach diety wciąż towarzyszy mi cynk, a jej królującą częścią niezmiennie jest spożywanie siemienia lnianego.


Od jakiegoś czasu po głowie chodzi mi ochota na nieco konkretniejsze podcięcie, co zdecydowanie przyśpieszyłoby proces pozbywania się wysokoporowatej części włosów. Z autopsji jednak doskonale wiecie, że taki ruch w połączeniu z pragnieniem zapuszczenia włosów to mieszanka wybuchowa :) Głównym celem więc na najbliższy czas będzie podjęcie próby obniżenia porowatości i zwalczenie niesfornego puchu.






Pozdrawiam Was,
Koko







17:24

Moja włosowa historia, czyli jak to wszystko się zaczęło

Moja włosowa historia, czyli jak to wszystko się zaczęło



2014r.



Włosy po raz pierwszy pofarbowałam w gimnazjum. Wybrałam delikatny brąz, który nie odróżniał się diametralnie od moich naturalnych, mysio-brązowych włosów. Z upływem czasu jednak zaczęłam mocniej kombinować, zmieniając odcienie brązów na coraz ciemniejsze. Pewnego dnia, jak nakazywała comiesięczna tradycja, wybrałam się do drogerii po ciemno-brązową farbę i.. półka była pusta. Wzrok zaczął jeździć z góry na dół w poszukiwaniu alternatywy i tak trafił na czerń. Dlaczego nie? - pomyślałam, chwytając farbę i pędząc do kasy bez głębszego zastanowienia.

Czernią cieszyłam się może z rok - niedługo później postanowiłam z niej zrezygnować. No i się zaczęło! Od komunii regularnie odwiedzałam jednego, zaufanego fryzjera. Co mnie podkusiło, żeby włosy oddać w opiekę pierwszej lepszej fryzjerce? 'Rozjaśnianie pasemkami' - usłyszałam. Dlaczego nie? Cokolwiek to znaczyło, będę wychodzić z czerni - super!

Poszłam na próbę. Miła Pani chwyciła ukryte wśród burzy włosów pasemko i rozjaśniła je. Świetnie! - powiedziała kilka minut po skończonym zabiegu - włos wygląda idealnie! Zniszczony? Skąd! Możemy rozjaśniać! Nieświadoma tego, że zniszczenia nie pojawiają się po sekundzie i kompletnie niewyposażona w jakąkolwiek włosową wiedzę, radowałam się na myśl o rozjaśnionych, stosunkowo niezniszczonych włosach. Faktem jest, że wyjście z czerni prędzej czy później wymagałoby użycia rozjaśniacza i zniszczenie włosów byłoby nieuniknione - z perspektywy czasu jednak proces ten przeprowadziłabym stopniowo i na pewno z innym efektem.

Czarne włosy ze zmasakrowanymi, rudawo-jasnokarmelowymi pasemkami - czy widział ktoś kiedyś coś bardziej niesmacznego? Od tego momentu nigdy więcej nie pozwoliłam sobie rozjaśnić włosów. Doskonale wiedziałam, że włosy zamieniłyby się w totalną tragedię. Pasma rozdwajały się z prędkością światła i łamały się w pół. Moja głowa stała się połączeniem czarnych, w miarę zdrowych włosów i niesamowicie cienkich, rudych pasm, latających gdzie popadnie i ciągnących się jak guma od nasady aż po końce, powoli się wykruszając .

Minęło trochę czasu - zaczął pojawiać się odrost. Czarne włosy przeplatane z ledwo żywym rudym i naturalnymi, rosnącymi milimetrami przy skalpie. Włosy z każdym kolejnym dniem zaczęły coraz bardziej upodabniać się do obrazów Gerharda Richtera :) Nie była to dobra informacja - postanowiłam działać.

Rok 2011. Do innej fryzjerki wybrałam się niedługo po rozjaśnianiu - pofarbowałam całość na średni brąz, który zlikwidował imitację karmelu i przykrył odrost. W myślach zaczęły kreować się pierwsze, malutkie zalążki włosomaniactwa. Z farbą jednak, jak się okazało, postanowiłam zaprzyjaźnić się na dłużej.



Efekt widoczny poniżej:






Wycieniowane i wypełnione fryzjerskimi specyfikami, które idealnie kryły ich rzeczywisty stan.




Nieustannie farbowałam całość na ten sam odcień i podcinałam zniszczenia. Celem stały się całe brązowe włosy, a więc w krew weszło farbowanie co 2-3 miesiące i stopniowe pozbywanie się czarnych końców, które z każdym miesiącem prezentowały się coraz gorzej. Kiedy przychodził czas na farbowanie odrostu, a farba na całych włosach nie była do reszty spłukana, decydowałam się na farbowanie jedynie naturalek, oszczędzając włosom kolejnej chemicznej adrenaliny. Za jakiś czas pragnienie o wycieniowanych włosach zamieniło się w chęć prostej linii na plecach. 





Na powyższym zdjęciu widać połączenie brązu i do pewnego etapu wyeliminowaną czerń. Wiedza o pielęgnacji włosów zaczęła rosnąć - niestety w praktyce nie zawsze ukazywała się regularnie - tak, żeby wdrożyć ją w życie każdego dnia. Były etapy włosowego maniactwa, ale i chwilowych amnezji.

Na poniższym zdjęciu spora część czerni została usunięta. Włosy jednak prezentowały się tragicznie - wysuszone i zniszczone.. błagały o ścięcie :)


Sukcesywnie podcinałam jednak jedynie najdłuższe pasma, a w międzyczasie zmieniłam odcień brązu na nieco jaśniejszy.



Po dłuższym czasie doszłam do totalnego usunięcia czarnych końców i rosnąc w włosomaniaczą wiedzę, skupiłam się na wyrównaniu włosów. Pomiędzy tymi etapami, pielęgnacja włosów stała się codziennością - moim małym nawykiem. 

Prezentowały się następująco:




Wszystko dobrze - gorzej z końcami, które po każdym ścięciu bardzo szybko wracały do swojej starej formy:





Nie dawałam jednak za wygraną, sukcesywnie podcinając, nawet nieco więcej niż zwykle:





Pomimo tego, że włosy dalej nie były w dobrej formie, zaczęły się w końcu jakoś prezentować. 

Zbytnio obciążone, ale nie rażące swoim stanem w oczy:





Pomimo wysokiej porowatości, ten etap zaliczam to mojego pierwszego, małego sukcesu.



  Drogi jeszcze jednak spory kawałek. Na poniższym zdjęciu ukazują się niesforne włoski otaczające głowę z każdej strony od samej nasady - chodzące za mną efeky rozjaśniania, które swojego czasu prezentowały się jeszcze gorzej. W głowie pojawił się kolejny cel - eliminacja. Zaczęłam zabezpieczać włosy na poziomie ekstremalnym + mocno wzbogaciłam pielęgnację.






Po wielu nieudanych próbach, w końcu odstawiłam farbę i postanowiłam zapuścić naturalny kolor włosów. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć - na głowie powoli rodziło się życie, a kondycja z miesiąca na miesiąc uległa znacznej poprawie.






Ciężko wspominam początki - do pewnego momentu. Z czasem farba się wypłukiwała, a kolorystyczna różnica zaczęła nawet mieć pewien sens. Włosy były regularnie podcinane, a naturalny odrost się zwiększał.

Jedno z podcięć z fleshem:





Po wielu miesiącach intensywnej pielęgnacji i pożegnaniu farby na amen, stan włosów uległ zdecydowanej poprawie. Ostatnie farbowanie miało miejsce w grudniu 2014r.












A na koniec.. najnowsza aktualizacja i wizualne podsumowanie.



     
   Sierpień 2013

         

Październik 2015




Nadal walczę z farbowanymi końcami, które lubią się wysuszać i rozdwajać. Niczym jednak jest obecny problem w porównaniu z problemami z przeszłości - to była zdecydowanie zacięta walka. Walka nie tylko nad włosami, ale i nad własną cierpliwością.

Mam nadzieję, że moja historia posłuży Wam jako źródło wiary i motywacji :)



Nowy cel? Długie, zdrowe, pełne objętości i blasku włosy!




Pozdrawiam Was,
Koko

17:46

L'OREAL Professionnel MYTHIC OIL: Shimmering Oil

L'OREAL Professionnel MYTHIC OIL: Shimmering Oil



Witajcie!


Przemiło jest mi Was przywitać w moim małym świecie - świecie włosowych przygód i archiwum mojej pielęgnacji :)
To właśnie tutaj będzie odgrywać się niby tak mała - a jednak tak istotna - walka o idealne włosy. Niech to miejsce będzie więc bogatym zbiorem nowych doświadczeń, źrodłem przydatnych informacji i miejscem wszelkiej włosowej motywacji :)


Przywitać postanowiłam Was małym sprawozdaniem dotyczącym dość nowej pozycji na mojej półce, czyli stosunkowo niedawno ujawnioną wersją mojego ulubionego produktu do zabezpieczania włosów.



    MYTHIC OIL: Shimmering Oil
       L'OREAL Professionnel 

  Cena: 60zł (Jean Louis David) 

 



Olejek jest w szklanej butelce o pojemności 100ml, zamkniętej w solidnym, miłym dla oka pudełku. Butelka ma ciekawy dozownik - tutaj w przeciwieństwie do swoich poprzedników do czynienia mamy ze spray'owym zakończeniem, który rozpyla produkt na więszej powierzchni. Jest to szczególnie wygodne wtedy, kiedy aplikujemy produkt na ciało. W kwestii włosów niezmiennie stosuję metodę aplikacji najpierw na dłonie, a dopiero później na włosy - w ten sposób kontrolujemy ilość nakładanego produktu, łatwiej więc uniknąć przeciążenia.
Producent zapewnia nas o rozświetlonej, satynowo gładkiej skórze i podkreślonym blasku rozświetlonych włosów.
 

 

Czym zaskakuje nas skład?




  Isopropyl Palmitate - ciekły wosk, emolient.
 Hydrogenated Polyisobutene - olej syntetyczny, emolient.
Sesame seed oil - olej sezamowy, emolient.
 Isododecane - emolient.
Sweet almond oil - olej migdałowy, emolient
linalool - substancja zapachowa
tocopheryl acetate - antyoksydant
calcium sodium borosilicate - substancja rozcięczająca/zwiększająca obiętość produktu
limonene - substancja zapachowa
alpha-isomethyl ionone - substancja zapachowa
benzyl salicylate - substancja zapachowa
benzyl alcohol - substancja konswerująca lub zapachowa / rozpuszczalnik / substancja rozrzedzająca
titanium dioxide - filtr UV
 citronellol - substancja zapachowa
silica - stabilizator emulsji
iron oxides - barwnik
michelia alba leaf oil - olejek z magnolii, emolient
hydroxycitronellal - substancja zapachowa
isoeugenol - substancja zapachowa
tin oxide - składnik do powlekania krzemianu
(funkcja odbijania światła w sposób tworzący porządaną kolorystykę)
geraniol, citral, farnesol, amyl cinnamal - substancje zapachowe


Produkt jest mocno emolientowy, a co za tym idzie - bardzo łatwo o wspomniane wcześniej przeciążenie włosów. Stosując wersję Colour Glow z tej samej serii, przeciążenie było niespotykane - nawet po kilkukrotnym nałożeniu produktu w ciągu dnia. W tym przypadku, niestety, niewiele trzeba, żeby błyszczące włosy zamieniły się w niekorzystnie wyglądające strąki. Ale.. głowa do góry! Wszystko jest kwestią odpowiedniego dozowania :) Produkt ten jest ciekawym rozwiązaniem dla osób, które zmagają się z puszącymi się włosami - olejek dociąży włosy i ujarzmi niesforne niespodzianki.



 A tak prezentuje się konstystencja:




Olejek zawiera złote drobinki, które w niewielkim stopniu dostrzegamy po aplikacji i posiada bardzo przyjemny, słoneczny zapach, najbardziej charakterstyczny z całej serii.





Jak to wygląda w praktyce?





 Światło dzienne, prawa strona po aplikacji, lewa bez




Włosy po aplikacji na słońcu



Skóra bezpośrednio po zaaplikowaniu i rozsmarowaniu produktu





Październik jest 10 miesiącem od ostatniego farbowania włosów - z towarzyszącym farbie blaskiem pożegnałam się więc już dawno temu - ale na szczęście są wspomagacze :) Takim właśnie okazał się ten produkt. Nie jest to efekt trwałego blasku chemicznej koloryzacji, ale olejek daje godny uwagi efekt włosów nawilżonych, lśniących i ujarzmionych. Warto stestować go na własnych włosach i przekonać się, czy produkt będzie nam odpowiadał - póki co jestem z niego mocno zadowolona. Oprócz funkcji wizualnej poprawy, oczekuję jednak przede wszystkim solidnej ochrony włosów przed czynnikami zewnętrznymi. O tym, czy produkt sprawdza w się w tej roli równie dobrze jak jego poprzednicy, przekonamy się wkrótce :)

  





Pozdrawiam Was, 
Koko