2014r.
Włosy po raz pierwszy pofarbowałam w gimnazjum. Wybrałam delikatny brąz, który nie odróżniał się diametralnie od moich naturalnych, mysio-brązowych włosów. Z upływem czasu jednak zaczęłam mocniej kombinować, zmieniając odcienie brązów na coraz ciemniejsze. Pewnego dnia, jak nakazywała comiesięczna tradycja, wybrałam się do drogerii po ciemno-brązową farbę i.. półka była pusta. Wzrok zaczął jeździć z góry na dół w poszukiwaniu alternatywy i tak trafił na czerń. Dlaczego nie? - pomyślałam, chwytając farbę i pędząc do kasy bez głębszego zastanowienia.
Czernią cieszyłam się może z rok - niedługo później postanowiłam z niej zrezygnować. No i się zaczęło! Od komunii regularnie odwiedzałam jednego, zaufanego fryzjera. Co mnie podkusiło, żeby włosy oddać w opiekę pierwszej lepszej fryzjerce? 'Rozjaśnianie pasemkami' - usłyszałam. Dlaczego nie? Cokolwiek to znaczyło, będę wychodzić z czerni - super!
Poszłam na próbę. Miła Pani chwyciła ukryte wśród burzy włosów pasemko i rozjaśniła je. Świetnie! - powiedziała kilka minut po skończonym zabiegu - włos wygląda idealnie! Zniszczony? Skąd! Możemy rozjaśniać! Nieświadoma tego, że zniszczenia nie pojawiają się po sekundzie i kompletnie niewyposażona w jakąkolwiek włosową wiedzę, radowałam się na myśl o rozjaśnionych, stosunkowo niezniszczonych włosach. Faktem jest, że wyjście z czerni prędzej czy później wymagałoby użycia
rozjaśniacza i zniszczenie włosów byłoby nieuniknione - z perspektywy czasu jednak proces ten przeprowadziłabym stopniowo i na pewno z innym efektem.
Czarne włosy ze zmasakrowanymi, rudawo-jasnokarmelowymi pasemkami - czy widział ktoś kiedyś coś bardziej niesmacznego? Od tego momentu nigdy więcej nie pozwoliłam sobie rozjaśnić włosów. Doskonale wiedziałam, że włosy zamieniłyby się w totalną tragedię. Pasma rozdwajały się z prędkością światła i łamały się w pół. Moja głowa stała się połączeniem czarnych, w miarę zdrowych włosów i niesamowicie cienkich, rudych pasm, latających gdzie popadnie i ciągnących się jak guma od nasady aż po końce, powoli się wykruszając .
Minęło trochę czasu - zaczął pojawiać się odrost. Czarne włosy przeplatane z ledwo żywym rudym i naturalnymi, rosnącymi milimetrami przy skalpie. Włosy z każdym kolejnym dniem zaczęły coraz bardziej upodabniać się do obrazów Gerharda Richtera :) Nie była to dobra informacja - postanowiłam działać.
Rok 2011. Do innej fryzjerki wybrałam się niedługo po rozjaśnianiu - pofarbowałam całość na średni brąz, który zlikwidował imitację karmelu i przykrył odrost. W myślach zaczęły kreować się pierwsze, malutkie zalążki włosomaniactwa. Z farbą jednak, jak się okazało, postanowiłam zaprzyjaźnić się na dłużej.
Efekt widoczny poniżej:
Wycieniowane i wypełnione fryzjerskimi specyfikami, które idealnie kryły ich rzeczywisty stan.
Nieustannie farbowałam całość na ten sam odcień i podcinałam zniszczenia. Celem stały się całe brązowe włosy, a więc w krew weszło farbowanie co 2-3 miesiące i stopniowe pozbywanie się czarnych końców, które z każdym miesiącem prezentowały się coraz gorzej. Kiedy przychodził czas na farbowanie odrostu, a farba na całych włosach nie była do reszty spłukana, decydowałam się na farbowanie jedynie naturalek, oszczędzając włosom kolejnej chemicznej adrenaliny. Za jakiś czas pragnienie o wycieniowanych włosach zamieniło się w chęć prostej linii na plecach.
Na powyższym zdjęciu widać połączenie brązu i do pewnego etapu wyeliminowaną czerń. Wiedza o pielęgnacji włosów zaczęła rosnąć - niestety w praktyce nie zawsze ukazywała się regularnie - tak, żeby wdrożyć ją w życie każdego dnia. Były etapy włosowego maniactwa, ale i chwilowych amnezji.
Na poniższym zdjęciu spora część czerni została usunięta. Włosy jednak prezentowały się tragicznie - wysuszone i zniszczone.. błagały o ścięcie :)
Sukcesywnie podcinałam jednak jedynie najdłuższe pasma, a w międzyczasie zmieniłam odcień brązu na nieco jaśniejszy.
Po dłuższym czasie doszłam do totalnego usunięcia czarnych końców i rosnąc w włosomaniaczą wiedzę, skupiłam się na wyrównaniu włosów. Pomiędzy tymi etapami, pielęgnacja włosów stała się codziennością - moim małym nawykiem.
Prezentowały się następująco:
Wszystko dobrze - gorzej z końcami, które po każdym ścięciu bardzo szybko wracały do swojej starej formy:
Nie dawałam jednak za wygraną, sukcesywnie podcinając, nawet nieco więcej niż zwykle:
Pomimo tego, że włosy dalej nie były w dobrej formie, zaczęły się w końcu jakoś prezentować.
Zbytnio obciążone, ale nie rażące swoim stanem w oczy:
Pomimo wysokiej porowatości, ten etap zaliczam to mojego pierwszego, małego sukcesu.
Drogi jeszcze jednak spory kawałek. Na poniższym zdjęciu ukazują się niesforne
włoski otaczające głowę z każdej strony od samej nasady - chodzące za mną efeky rozjaśniania, które swojego czasu prezentowały się jeszcze gorzej. W głowie
pojawił się kolejny cel - eliminacja. Zaczęłam zabezpieczać włosy na
poziomie ekstremalnym + mocno wzbogaciłam pielęgnację.
Po wielu nieudanych próbach, w końcu odstawiłam farbę i postanowiłam zapuścić naturalny kolor włosów. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć - na głowie powoli rodziło się życie, a kondycja z miesiąca na miesiąc uległa znacznej poprawie.
Ciężko wspominam początki - do pewnego momentu. Z czasem farba się wypłukiwała, a kolorystyczna różnica zaczęła nawet mieć pewien sens. Włosy były regularnie podcinane, a naturalny odrost się zwiększał.
Jedno z podcięć z fleshem:
Po wielu miesiącach intensywnej pielęgnacji i pożegnaniu farby na amen, stan włosów uległ zdecydowanej poprawie. Ostatnie farbowanie miało miejsce w grudniu 2014r.
A na koniec.. najnowsza aktualizacja i wizualne podsumowanie.
Sierpień 2013
Październik 2015
Nadal walczę z farbowanymi końcami, które lubią się wysuszać i rozdwajać. Niczym jednak jest obecny problem w porównaniu z problemami z przeszłości - to była zdecydowanie zacięta walka. Walka nie tylko nad włosami, ale i nad własną cierpliwością.
Mam nadzieję, że moja historia posłuży Wam jako źródło wiary i motywacji :)
Nowy cel? Długie, zdrowe, pełne objętości i blasku włosy!
Pozdrawiam Was,
Koko